Dlaczego Rosjanie są tak okrutni? „Przemoc przenika ich życie”

Autor wpisu

Joanna

Data

cze 12, 2022
Terror ludności cywilnej, jakiego dokonują rosyjscy żołnierze w Ukrainie, jest dla wszystkich prawdziwym szokiem. Dlaczego armia rosyjska popełnia te wszystkie okrucieństwa? Czy ci ludzie zawsze byli tak okrutni, czy wojna uczyniła ich takimi? Historyczka Holokaustu Ksenia Krimer, która bada wpływ wojen i reżimów totalitarnych na ludzką samoświadomość oraz zachowanie, udziela odpowiedzi na te trudne pytania.
  • Armia rosyjska eksportuje do Ukrainy przemoc, która przenika życie w tym kraju. W warunkach degradacji instytucji, autorytetów i wartości społeczeństwo traci moralne punkty odniesienia i zdolność do refleksji. Zaczyna akceptować cynizm i egoizm
  • Ci, którzy w trakcie wojny zabijają cywili i gwałcą, w czasie pokoju często są nieodróżnialni od innych osób
  • Ukrainę najechało wielu takich, którzy przyzwyczaili się już do całkowitej bezkarności: są to bojownicy z Rosgwardii, kadyrowcy, wagnerowcy. Ich twarze są zawsze ukryte pod „zamglonym hełmem”: władze nigdy nie wydają ich przed sąd, chronią ich na wszelkie sposoby, a nawet otwarcie wspierają na najwyższym szczeblu
  •  Sami Rosjanie od dawna nie są w stanie przeciwstawić się przemocy. Jedną z przyczyn tego jest całkowite załamanie systemu etycznego
  • Czy jest tak, że okrucieństwo rosyjskich żołnierzy stało się logiczną kontynuacją legitymizacji przemocy, która w Rosji istnieje od wielu pokoleń?

Minęło już ponad 100 dni od rozpoczęcia inwazji Rosji na Ukrainę. Choć świadomość tego faktu jest przerażająca, wielu ludzi przyzwyczaiło się do wojny. Stała się ona tłem naszego życia. Przyzwyczailiśmy się do wiadomości wypełnionych doniesieniami o działaniach wojennych. Do zmian w życiu, do sankcji i na niepewności.

Nie sposób jednak przyzwyczaić się do dowodów okrucieństwa armii rosyjskiej: masowych mordów, gwałtów i tortur na ludności cywilnej. Skalę tych okrucieństw można ocenić na podstawie tego, co działo się w Buczy, Irpieniu, Borodziance i Bogdanówce. To oczywiście nie wszystkie rosyjskie zbrodnie. Ich pełny obraz zobaczymy dopiero po zakończeniu wojny.

Terror wobec ludności cywilnej w Ukrainie jest dla nas prawdziwym szokiem. Jak jednak stał się on możliwy? Ci, którzy w trakcie wojny zabijają cywili i gwałcą, w czasie pokoju często są nieodróżnialni od innych osób. Czy są oni w takim razie kimś zupełnie niepodobnym do nas? A jeśli tak, to czy zawsze tak było, czy raczej wojna uczyniła ich okrutnymi?

Postaram się wyjaśnić, dlaczego rosyjskie wojsko dopuszcza się tych wszystkich okrucieństw. Jest na to wytłumaczenie, choć nie jest ono ani krótkie, ani proste. Poziom przemocy, jaki obserwowaliśmy przez 100 długich dni wojny, nie jest anomalią ani jedynie produktem tej konkretnej wojny. Ta przemoc jest możliwa do zrozumienia.

„Trzecia fala”. Wstrząsający i otoczony kultem eksperyment

W kwietniu 1967 r. uczniowie dziesiątej klasy Ellwood Cubberle High School w Palo Alto w Stanach Zjednoczonych rozpoczęli naukę o II wojnie światowej. Nauczyciel Ron Jones zaproponował nastolatkom eksperyment, który później stał się znany jako „trzecia fala”.

Nauczyciel miał zamiar przez tydzień symulować warunki surowej dyktatury podobnej do tej, jaka panowała w nazistowskich Niemczech, i zrozumieć, co kierowało ludźmi w tamtych czasach.

 

Jones wygłosił swoim uczniom wykład na temat dyscypliny, „jednego z charakterystycznych aspektów życia w nazistowskich Niemczech”. Aby na własnej skórze doświadczyć „siły dyscypliny”, młodzież musiała wykonywać ćwiczenia (np. przejście do pozycji „uniżonej” w ciągu 15 sekund). Ponadto uczniowie musieli rozpoczynać każdą odpowiedź od zwrotu „panie Jones” oraz mówić szybko i wyraźnie. Zachęcano do bezwarunkowego podporządkowania się. Potępiano opieszałość.

Jones wprowadził specjalne pozdrowienie, zrozumiałe tylko dla klasy „eksperymentalnej”: wszyscy uczniowie, gdy się spotykali, musieli przycisnąć zgiętą prawą rękę do lewego ramienia. Eksperyment szybko stał się czymś w rodzaju tajnego zakonu, a do końca trzeciego dnia dołączyło do niego ponad 200 dzieci.

Dzieci-strażnicy i fala donosów

Nauczyciel poprosił wtedy trzech nastolatków, aby sami kontrolowali dyscyplinę, zgłaszając mu nieprawidłowości. Tego samego dnia prawie 20 uczniów z własnej inicjatywy przyszło do Jonesa z donosami. Czwartego dnia eksperymentu Jones oświadczył, że „trzecia fala” nie jest tylko eksperymentem. W innych częściach kraju miały powstać już setki oddziałów ruchu, które „mogą zmienić losy ludzkości”. Na tym samym spotkaniu Jones wyznaczył kilku „strażników”. Wyprowadzili oni z sali, gdzie zgromadziło się blisko 80 dzieci, wszystkich tych, którzy wątpili w wartość „trzeciej fali”.

W rezultacie granica między zabawą a prawdziwą dyktaturą w szkole po prostu się zatarła. Jones zauważył, że zaczął „instynktownie zachowywać się jak dyktator”. Piątego dnia przerwał eksperyment, tłumacząc dzieciom, jak łatwo poddają się manipulacji. I pokazał, że ich zachowanie nie różniło się zbytnio od zachowania zwykłych obywateli w nazistowskich Niemczech.

 

Eksperyment ten był później bardzo krytykowany: nie został przeprowadzony zgodnie ze standardami naukowymi i dlatego nie miał wartości badawczej ani historycznej. Jones był również krytykowany z pedagogicznego i etycznego punktu widzenia: czy takie eksperymenty można przeprowadzać na dzieciach albo w ogóle: na ludziach?

„Trzecia fala” mogła nas jednak przybliżyć do zrozumienia istoty dyktatur. Eksperyment stał się zjawiskiem niemal kultowym. Napisano o nim kilka książek (w tym o samym Jonesie) i nakręcono filmy.

„Banalność zła”

Istnieją również inne eksperymenty, których autorzy starali się wyjaśnić zachowanie „zwykłych Niemców” w warunkach nazistowskiej dyktatury, a także sprawdzić, jak daleko może posunąć się człowiek, gdy jakiś autorytet zażąda od niego zrobienia czegoś, co wykracza poza granice moralności.

W tym miejscu warto przypomnieć eksperyment podporządkowania Stanleya Milgrama, w którym uczestnicy porazili prądem ludzi tylko dlatego, że im kazano to zrobić. Albo słynny stanfordzki eksperyment więzienny, w którym osoby odgrywające role „strażników” prześladowały tych, którzy odgrywali role „więźniów”.

Dane z tych eksperymentów potwierdzają popularną tezę o „banalności zła”. Zgodnie z tą tezą, w dyktaturach ludzie są gotowi bezmyślnie wykonywać polecenia i popełniać okrucieństwa, ponieważ ich idee etyczne są tłumione przez wolę innych osób i rozpuszczane w działaniach zbiorowych. Wynika z tego, że terror zbiorowy jest konsekwencją ludzkiego dążenia do konformizmu i posłuszeństwa. Oznacza to, że pragnienie bycia dobrym i „normalnym” w ramach określonych reguł jest o wiele silniejsze niż pragnienie bycia miłosiernym i ludzkim.

 

Jest to przerażający, ale i w pewnym sensie pocieszający wniosek. Łatwo możemy jednak zasugerować, że to tak, jakby osoba dopuszczająca się okrucieństwa sama nie była odpowiedzialna za swoje czyny.

Czy możemy spróbować odnieść te wnioski do tego, co dzieje się obecnie w Ukrainie? Brakuje nam wciąż zbyt wielu danych. Nie wiemy, czy istniały rozkazy, które zachęcały rosyjskich żołnierzy do grabieży, tortur i gwałtów. Prawdopodobne jest, że istniała milcząca zachęta do takiego zachowania, bezkarność — ale nie rozkaz. Tak więc teorie psychologów społecznych i filozofów wydają się, póki co niezdolne do wyjaśnienia okrucieństw, o których dowiedzieliśmy się w ciągu ostatnich 100 dni.

Lalka Bobo i nauka przemocy

Co zatem może to wszystko wyjaśnić? Uczymy się przemocy. Oto jak to się dzieje.

Przemoc przenikała i przenika wszystkie sfery „pokojowego” życia w Rosji. Zmagają się z nim kobiety na oddziałach położniczych i w rodzinach, dzieci w domach dziecka, klubach sportowych i szkołach. Dotyka pacjentów przebywających w ośrodkach opieki paliatywnej i w domach spokojnej starości. Jest nieodzownie obecna na posterunkach policji i w więzieniach.

Z reguły przemoc ta jest bezkarna. Co więcej kilka lat temu przemoc domowa została zdekryminalizowana. System często karze nawet za próby samoobrony: statystyki pokazują, że cztery na pięć kobiet, dokładnie 79 proc., skazanych za umyślne zabójstwo w latach 2016-2018 broniło się w ten sposób przed przemocą domową ze strony swoich partnerów.

Ludzie otoczeni zewsząd przemocą nieuchronnie zaczynają postrzegać ją jako normę społeczną. Opisuje to w szczególności teoria społecznego uczenia się, której autorem jest kanadyjsko-amerykański psycholog Albert Bandura. Przeprowadził też inny słynny eksperyment z lalką Bobo.

W eksperymencie dwie grupy dzieci otrzymały do zabawy lalkę o imieniu Bobo, ale dopiero po tym, jak dowiedziały się, co dorośli będą robić z lalką. Dzieci z pierwszej grupy obserwowały dorosłych bawiących się lalką — i powtarzały za nimi. Inne widziały, jak dorośli biją lalkę — a potem same ją biły.

Innymi słowy, człowiek przyswaja sobie metody przemocy i dosłownie uczy się je stosować. Jak dokładnie przebiega to „uczenie się”, dobrze ilustruje model amerykańskiego kryminologa Lonnie Etensa, autora teorii socjalizacji przemocy. Socjalizacja ta składa się z czterech etapów, z których każdy przygotowuje każdego, nawet zdrowego psychicznie człowieka, do popełnienia przemocy.

I. „Brutalizacja”, czyli rozczarowanie

Na tym etapie osoba uczy się, że przemoc jest sposobem komunikowania się i rozwiązywania problemów. Wymaga to przejścia przez trzy etapy.

  • „Przemocowa represja” ma miejsce wtedy, gdy osoba — najczęściej dziecko — doświadcza przemocy ze strony ważnego dla niego dorosłego lub ze strony grupy rówieśniczej (np. w sytuacji znęcania się w szkole)
  • Osobiste przerażenie przeżywa osoba, która jest świadkiem przemocy wobec kogoś bardzo bliskiego. Na przykład, gdy dziecko widzi, że jego ojciec bije matkę. Doświadczenie to jest jeszcze bardziej traumatyczne niż doświadczenie przemocowej represji, ponieważ strach i upokorzenie są spotęgowane wstydem, że nie można było interweniować
  • Przemoc jest nauczana poprzez zwroty: „Po prostu się odegraj!”, „Sam rozwiązuj swoje problemy, nie bądź mięczakiem”. Dziecko wierzy, że autorytatywna osoba dorosła, która udziela tej rady, jest również zdolna do przemocy

II. „Agresywna wojowniczość”

Osoba taka zaczyna zadawać sobie pytania: „Co mogę zrobić, aby nikt inny nie mógł zrobić nic złego mnie ani moim bliskim?”. Wraca do wniosków wyciągniętych na poprzednim etapie: należy zachowywać się jak najbardziej agresywnie. I zaczyna zachowywać się w ten sposób.

III. „Zachowania agresywne”

Poszerza się krąg potencjalnych ofiar agresji. Człowiek przechodzi od gróźb do pięści, a od pięści do noża lub czegoś poważniejszego.

IV. „Wirulencja”

Przemoc staje się pełnoprawnym językiem komunikacji ze światem. Jest on używany odruchowo, nie wymaga bodźców zewnętrznych. Przemoc nie jest już środkiem ochrony, ale środkiem prewencyjnego zastraszania. W ten sposób, terroryzując innych, rekompensuje sobie własne upokorzenie i bezsilność, których doświadczył w przeszłości.

Model Etensa jest dość uniwersalny. Można go stosować zarówno przy analizie zachowań ludzi w czasie pokoju, jak i w przypadku zbrodni wojennych podczas działań bojowych.

Przemoc w armii napędza przemoc

Przemoc w armii rosyjskiej jest nadal problemem systemowym. Nie rozwiązuje się tego problemu, lecz go ukrywa.

Łatwo można znaleźć podobieństwa między etapami „socjalizacji do przemocy” a szkoleniem wojskowym. Zadaniem takiego szkolenia jest utrwalenie u przyszłych żołnierzy drugiego etapu („Zachowania agresywne”), kiedy to mechanizmy samoregulacji i samozachowawcze jeszcze funkcjonują.

Żołnierze nie powinni zamieniać się w agresorów, gotowych do nieuzasadnionej, ślepej brutalności. Aby temu zapobiec, np. armie państw NATO dysponują „bezpiecznikami”. Prawo wojskowe jest głównym „bezpiecznikiem”. Określa zasady zaangażowania, wyznaczając granice dopuszczalnej przemocy.

 

Jednak samo istnienie przepisów nie gwarantuje ich egzekwowania. Dlatego w armiach zachodnich dyscyplinę narzuca się na poziomie norm grupowych. Kursy etyki wojskowej są jednym z obowiązkowych elementów szkolenia wojskowego w armiach nie tylko państw NATO, ale także np. Izraela.

Bardzo ważna jest też rola oficerów i starszych dowódców: muszą oni ograniczać brutalność zarówno w sytuacjach bojowych, jak i w koszarach. A brutalność w koszarach to nie tylko „fala”, dotyczy również musztry, dlatego armia amerykańska stosuje „niekarne metody” pracy z wojskiem. Mówimy o stopniowym systemie poradnictwa psychologicznego i zawodowego, nagan i upomnień dla tych żołnierzy, którzy łamią dyscyplinę. Oznacza to, że przed ukaraniem danej osoby próbuje się z nią negocjować.

„Fala”

Jak wygląda sytuacja w armii rosyjskiej? Oficjalne stanowisko władz jest takie, że siły zbrojne kraju zostały oczyszczone z zarzutu występowania zjawiska „fali”, przemocy i znęcania się. W 2017 r. prezydent Władimir Putin powiedział: „Całkiem niedawno zdarzały się sytuacje, które nie przysparzały armii chwały, takie jak fala i tym podobne. Nie było w tym nic dobrego. Obecnie zostało to w dużej mierze zlikwidowane”. Minister obrony Siergiej Szojgu zgodził się z tym stwierdzeniem, mówiąc, że „teraz po prostu nie ma podstaw do tego, by w armii panował mobbing”.

Ministerstwo Obrony uważa, że zjawisko „fali” zostało wyeliminowane dzięki jednej reformie w 2008 r., która skróciła okres służby z dwóch lat do jednego roku. Działacze praw człowieka przyznają jednak, że liczba przypadków znęcania się w wojsku rzeczywiście się zmniejszyła, ale problem nie został całkowicie rozwiązany, jak twierdzą władze.

Ogólnie rzecz biorąc, bardzo trudno jest ocenić rzeczywisty poziom znęcania się. Armia rosyjska jest strukturą zamkniętą dla opinii publicznej. Dowództwo armii ogranicza dostęp nawet do jawnych informacji i konsekwentnie ukrywa przypadki obrażeń, zabójstw i samobójstw wśród żołnierzy w czasie pokoju. A straty personelu Ministerstwa Obrony „podczas operacji specjalnych” zostały uznane za tajemnicę państwową dekretem prezydenckim w 2015 r.

 

Jednocześnie informacje o przemocy w wojsku nadal regularnie pojawiają się w mediach. Dzięki temu wiadomo, że fala i inne przejawy systemowej brutalności są nadal na porządku dziennym. Co, ogólnie rzecz biorąc, nie jest zaskakujące. Samo skrócenie stażu pracy nie rozwiąże tak złożonego i skomplikowanego problemu. Konieczna jest zmiana systemu.

Posłuszeństwo zamiast dyscypliny

A system wygląda tak, że dowództwo armii rosyjskiej, jak i system zarządzania całym państwem, opiera się na autorytarnych rządach jednoosobowych. Uprawnienia decyzyjne nie są rozproszone, lecz skoncentrowane na samej górze. Podoficerowie i porucznicy nie mają takich uprawnień. Ich jedynym zadaniem jest dopilnowanie, aby rozkazy zostały wykonane. To właśnie bezwarunkowe posłuszeństwo, a nie dyscyplina, jest główną zasadą organizacyjną w armii rosyjskiej.

 

Dyscyplina — czyli wierność zasadom — nie oznacza podążania za swoim przełożonym lub zwierzchnikiem bez względu na wszystko. Wymaga to świadomości i przejrzystych zasad dla wszystkich, niezależnie od rangi. Dlatego w armiach Izraela, Niemiec czy USA dowódcy nalegają, by armia odpowiadała przed społeczeństwem, a żołnierzom daje się prawo do sabotowania bezprawnych rozkazów.

Jednocześnie posłuszeństwo — to znaczy ślepe podporządkowanie się władzy — nie może istnieć w warunkach jasnych i przejrzystych zasad. Posłuszeństwo osiąga się przez „łamanie” i dehumanizowanie ludzi. Żołnierz armii rosyjskiej jest więc zobowiązany do wykonania każdego rozkazu, nawet karnego, pod groźbą sądu wojennego.

„Prawo dowódcy do wydania rozkazu i obowiązek podwładnego do bezwarunkowego posłuszeństwa to podstawowe zasady jedności dowodzenia. W przypadku jawnego nieposłuszeństwa lub oporu podwładnego dowódca stosuje wszelkie środki przymusu przewidziane przepisami prawa Federacji Rosyjskiej i ogólnymi przepisami wojskowymi w celu przywrócenia porządku i dyscypliny wojskowej” — czytamy w regulaminie rosyjskiej armii.

Krótko mówiąc, armia rosyjska po prostu nie stawia sobie za zadanie wychowania ludzi, którzy znają swoje prawa i doceniają prawa innych. Zamiast kursów etyki wojskowej kładzie się nacisk na patriotyczne wychowanie przyszłych żołnierzy i oficerów poprzez lojalność wobec ojczyzny i przysięgę, „bezwarunkowe posłuszeństwo” oraz niedawno przywróconą instytucję oficerów patroli politycznych.

Zwycięstwo za wszelką cenę

Jednocześnie armia rosyjska niezmiennie dąży do zwycięstwa za wszelką cenę. Dlatego też ogromna większość zbrodni wojennych w Rosji nie jest badana. Jak daleko mogą sięgać zbrodnie wojenne, skoro nie ma ceny, której kraj nie jest gotowy zapłacić za zwycięstwo? Nie ma takiej ceny, więc nie ma kar. A więc nie ma też przestępstw.

 

Ukrainę najechało wielu takich, którzy przyzwyczaili się już do całkowitej bezkarności: są to bojownicy z Rosgwardii, kadyrowcy, wagnerowcy. Ich twarze są zawsze ukryte pod „zamglonym hełmem”: władze nigdy nie wydają ich przed sąd, chronią ich na wszelkie sposoby, a nawet otwarcie wspierają na najwyższym szczeblu.

W kwietniu Władimir Putin nadał 64. samodzielnej brygadzie strzelców zmotoryzowanych, podejrzanej o zbrodnie wojenne w Buczy, honorowy tytuł „Gwardii”. W rozkazie prezydenckim napisano, że „personel brygady wykazał się masowym bohaterstwem, odwagą, niezłomnością i męstwem w działaniach bojowych w obronie ojczyzny i interesów państwa w warunkach konfliktów zbrojnych”.

Długie trwanie Gułagu

Jakie więc „wrzody” rosyjskiego społeczeństwa umożliwiły popełnienie zbrodni wojennych na Ukrainie? A co najważniejsze, skąd się wzięły te „wrzody”?

Jednym z głównych inkubatorów rosyjskiej przemocy jest niewątpliwie rosyjski system więziennictwa, bezpośredni spadkobierca Gułagu.

Rosja nadal przoduje w Europie pod względem ogólnej liczby więźniów — nawet jeśli jej populacja więzienna stopniowo się zmniejsza. W 2022 r. w Rosji przebywało w więzieniach 466 tys. osób, z czego 63 proc. to recydywiści.

 

W rosyjskich więzieniach odnotowuje się wysoką śmiertelność: 47 zgonów na 10 tys. osób. Średnia europejska wynosi 27 zgonów na 10 tys. skazanych. To odzwierciedlenie złych warunków panujących w więzieniu, wysokiego wskaźnika samobójstw, braku dostępu do opieki medycznej i tortur.

Kiedy wspomina się czasy stalinowskiego terroru, często mówi się: „W ZSRR pół kraju było więzione, a pół kraju było pilnowane”. Statystycznie rzecz biorąc, nie odpowiada to oczywiście rzeczywistości, jednak bardzo dokładnie odzwierciedla powszechność doświadczeń więziennych w kraju.

Doświadczenie to jest nadal bardzo rozpowszechnione w dzisiejszych czasach. W 2008 r. Władimir Radczenko, emerytowany pierwszy zastępca sędziego Sądu Najwyższego, oszacował, że w latach 1992-2007 w Rosji skazano ponad 15 mln osób, czyli prawie co dziesiątego Rosjanina, około jednej czwartej wszystkich dorosłych mężczyzn. Z kolei 18,2 proc. obywateli kraju jest karanych — czyli co szósty (wliczając niemowlęta).

Język więźniów, język polityków

Kultura i słownictwo więzienne są dogłębnie wplecione w życie Rosjan. Przeplatanie się tego, co nieformalne, z tym, co „normatywne”, nie jest zaskakujące, ponieważ życie w rosyjskich więzieniach i życie „poza nimi” również są ściśle ze sobą powiązane.

Przejawem tego przenikania się jest legalizacja przestępczości, która nie została pokonana w okresie „putinowskiej stabilności”, jak lubią twierdzić autorzy mitu „dzikich lat dziewięćdziesiątych”. W okresie rozkwitu epoki Jelcyna zorganizowane grupy przestępcze powiązane z biznesem, służbami bezpieczeństwa i organami ścigania wchodziły do polityki i były wybierane na stanowiska burmistrzów i deputowanych. W czasach Putina samo państwo stało się zorganizowaną grupą przestępczą: przemoc została usunięta z ulic i jest obecnie skutecznie wykorzystywana przez policję.

 

Legalizując się w organach władzy, byli gangsterzy wprowadzili do sfery publicznej własną filozofię życia: cynizm, kult siły, chciwość, przekonanie, że wszyscy wokół są skorumpowani, oraz gotowość do użycia przemocy. Prezydent, premier, deputowani Dumy Państwowej, członkowie Rady Federacji, szefowie miast i regionów też mają swój specyficzny język.

Putin nigdy nie wstydził się używać zwrotów takich jak „szczać do kibla”, „wytrzeć cholerne smarki” czy fragmentu piosenki odwołującej się do gwałtu: „czy ci się podoba, czy nie, cierp, moja piękna”. Jego przemówienia, podobnie jak retoryka rosyjskiej dyplomacji, niewiele różnią się od języka ulicy. I to nie są tylko słowa — taki język promuje kult siły, zaprzecza demokratycznym zasadom poszanowania praw innych. Normalizuje przemoc — seksualną, fizyczną, psychiczną — jako jedyny sposób przekazania swojej pozycji i słuszności.

Historyk i antropolog Tatiana Szczepańska, która badała komunikacyjną funkcję przemocy fizycznej, podaje kilka przykładów na to, że to samo słowo w języku rosyjskim może jednocześnie oznaczać formę komunikacji i formę fizycznego oddziaływania.

Przytaczała niektóre przysłowia, jak np. „bić nie dla cierpienia, lecz po to, by uczyć”. W tych zwrotach przemoc jest środkiem dydaktycznym, sposobem na wyjaśnienie czegoś. Znamienne jest, że w swoim przemówieniu na dwa dni przed inwazją na Ukrainę Putin dosłownie zadeklarował zamiar „wytłumaczenia” Ukrainie „poprawnej” wersji historii: „Jesteśmy gotowi pokazać wam, co prawdziwa dekomunizacja oznacza dla Ukrainy”.

„Rosjanin istnieje jakby w świecie niczyim”

„Nauczanie” przemocy w Rosji staje się często obowiązkowym elementem inicjacji, sposobem przekazywania wartości i norm. Nie dziwi więc fakt, że wojskowe „fale” są tak podobne do kar stosowanych w rosyjskich więzieniach. Wspólne uczestnictwo w przemocy grupowej wzmacnia społeczność wojskową w taki sam sposób, jak wzmacnia społeczność przestępczą.

Z pozoru kultura przestępcza ma charakter kolektywistyczny. Jednak w swej istocie jest ona bardzo indywidualistyczna, ponieważ odrzuca pojęcie wrodzonej równości i solidarności horyzontalnej. Nie uczy empatii ani zaufania („Nie wierz nikomu, nie ufaj, nie pytaj”), a u podstaw jest przesiąknięta poczuciem zależności i bezsilności.

Często kultura przestępcza przeciwstawia się kulturze „normatywnej” jako bardziej autentyczna, uduchowiona. Pozornie opiera się ona na prawdziwej sprawiedliwości, a nie na bezdusznym prawie i sztucznych zasadach. Łatwo dostrzec tutaj podobieństwa do konserwatywnego dyskursu antyzachodniego, w którym rosyjska „szczególna droga” i prawdziwe „tradycyjne” wartości są przeciwstawiane rzekomo obłudnemu i bezdusznemu społeczeństwu zachodniemu.

 

Charakterystyczne dla kultury przestępczej jest również zacieranie się granic między tym, co prywatne, a tym, co publiczne, krajowe i zagraniczne.

Brak zainteresowania drugim człowiekiem jako innym, negowanie równości oraz granic własności i osobowości, brak zrozumienia dla wszelkich rozróżnień hierarchicznych (słabszy/silniejszy, biedniejszy/bogatszy, niższy status/wyższy status) — wszystko to, przy długich okresach braku wolności i dysocjacji społecznej, rodzi agresję i zawiść na poziomie całego społeczeństwa.

Między innymi to doprowadziło do morderstw, tortur, gwałtów i masowych grabieży w Ukrainie.

Społeczeństwo jest obojętne na przemoc. Ta obojętność jest utrwalonym nawykiem

Tak więc armia rosyjska eksportuje teraz na Ukrainę przemoc, która przenika całe życie w tym kraju. Sami Rosjanie od dawna nie są w stanie przeciwstawić się przemocy. Jedną z przyczyn tego jest całkowite załamanie systemu etycznego.

Aby ludzie zachowywali się etycznie i w sposób cywilizowany, normy takiego zachowania nie mogą być jedynie zakotwiczone w prawie, państwie i w religii. Muszą być one wspierane przez samo społeczeństwo. Muszą stać się nieformalnym konsensusem.

Jednak w ostatnich dziesięcioleciach w społeczeństwie rosyjskim nie ma nikogo i niczego, co miałoby wystarczający autorytet, niezależny od instytucji państwowych, aby wyznaczać kierunki moralne. Przez wszystkie lata rządów Putina władza konsekwentnie niszczyła równościowe więzi społeczne, zaczątki samoorganizacji obywatelskiej i instytucji społecznych, wgniatając je w ziemię.

 

Proces ten jest wzmacniany przez niszczenie reputacji osobistości świata kultury i nauki. Reżim aktywnie rekrutuje ich, by służyli jego własnym interesom. Aktorzy i reżyserzy jako „pełnomocnicy” prezydenta, skorumpowane środowisko akademickie, w którym dominują kupione dyplomy. Wszystko to podważa samo pojęcie autorytetu moralnego, kulturalnego czy naukowego. Jednocześnie każdy protest polityczny jest konsekwentnie dyskredytowany jako skorumpowany.

Paradoks: narcyzm i poniżenie

W warunkach degradacji instytucji, autorytetów i wartości społeczeństwo traci moralne punkty odniesienia i zdolność do wyrafinowanej refleksji. Zaczyna akceptować cynizm, merkantylizm i egoizm jako normę. Społeczeństwo staje się niezwykle amorficzne i obojętne.

Takie społeczeństwo paradoksalnie łączy w sobie uczucia narcyzmu i poniżenia, obojętności na drugiego człowieka i pragnienie uzyskania od niego sprawiedliwości i szacunku.

Jednocześnie człowiek taki nie chce walczyć o sprawiedliwość i nie jest gotowy do okazywania komukolwiek szacunku. A jeśli sprowadzimy takie postrzeganie siebie przez społeczeństwo do prostej formuły, otrzymamy coś w rodzaju: „Nie mogę nikomu ufać, a świat jest niesprawiedliwy. Dlatego mogę zachowywać się, jak chcę, mam prawo do wszystkiego”.

 

Kiedy wojna się skończy, tysiące rosyjskich żołnierzy — w tym ci, którzy popełnili zbrodnie wojenne w Ukrainie — powróci do tego społeczeństwa. Nikt w Rosji nie będzie prowadził śledztwa w sprawie tych przestępstw, przynajmniej pod obecnymi rządami.

Nikt też nie podejmie działań, aby im zapobiec w przyszłości, choć pomogłoby to zmniejszyć poziom brutalności, z jaką wojskowi traktują swoje rodziny po zakończeniu wojny. Badania przeprowadzone w społeczeństwach zachodnich (np. w USA i Wielkiej Brytanii) dostarczają przekonujących dowodów na to, że w rodzinach weteranów walk odnotowuje się znacznie wyższy poziom przemocy wobec partnerów i dzieci niż średnia krajowa. Znacznie wyższe są także wskaźniki samobójstw, depresji, alkoholizmu i stresu pourazowego.

Społeczeństwa radzieckie i poradzieckie borykały się już z tymi wszystkimi problemami — po II wojnie światowej, po wojnie w Afganistanie i w Czeczenii. Nie ulega wątpliwości, że po wojnie na Ukrainie społeczeństwo rosyjskie stanie w obliczu nowego nasilenia brutalności. A już jest przesiąknięte przemocą od góry do dołu.

Podobne posty

Przypadki mobbingu i dyskryminacji | Saystop
Przypadki mobbingu i dyskryminacji | Saystop

Fundacja #SayStop powstała w odpowiedzi na brak systemowej pomocy w służbach mundurowych, dla osób doświadczających mobbingu, molestownia seksualnego, nierównego traktowania oraz dyskryminacji, które wymierzone są głównie w służące i zatrudnione tam kobiety – dlatego pamiętajcie, że nikt z Was nie jest sam w tej walce!